Polskie Forum Bezpieczeństwa

Wiedza, Niezależność

03 lutego 2015

O potrzebie odrobienia ukraińskich lekcji

Konflikt na Ukrainie analizowany był z rozmaitych punktów widzenia, jednakże wśród wielu podejmujących tę tematykę autorów jedynie nieliczni podjęli zagadnienie stanu moralnego ukraińskich sił zbrojnych w chwili rozpoczęcia przez Rosję agresywnych działań na Krymie. Zwykle problem ten zbywano ogólnikiem, że „Ukraińcy nie chcieli się bić, a wieli z żołnierzy zawodowych, zwłaszcza w marynarce Wojennej, emocjonalnie (lub interesownie) silniej związanych było Moskwą niż z Kijowem”. Było to generalnie słuszny „opis z natury”, który jednak w znikomym jednak stopniu tłumaczył przyczyny tego fenomenu. W momencie rozpoczęcia konfliktu armia ukraińska znajdowała się w istocie w wyjątkowo złej kondycji, która wykluczała podjęcie przez nią efektywnych działań bojowych. Materialne przyczyny tego stanu rzeczy są dobrze opisane, warto jednak również przyjrzeć się, równie ważnym, a może nawet kluczowym dla wyjaśnienia sytuacji czynnikom pozamaterialnym. Przede wszystkim zarówno ukraińska kadra oficerska i podoficerska, jak i szeregowi żołnierze nie wierzyli w realność scenariusza zakładającego, że kiedykolwiek ruszą oni do prawdziwej walki. To zaś było rezultatem powszechnego w społeczeństwie, funkcjonującym w warunkach siermiężnej korupcyjno-oligarchicznej stabilizacji,   przekonania, że konflikt zbrojny, wojna jest po prostu niemożliwa. Jeżeli zadecydowana większość społeczeństwa uznała otwartą konfrontację orężną za niemożliwą, to zbrojne zwarcie z Rosją znajdowało się daleko poza horyzontem prognostycznym nie tylko zwykłych obywateli, ale przeważającej większości elit. Owe przekonanie to rezultat ugruntowanego wśród Ukraińców w okresie zarówno carskim, jak i sowieckim przekonania o szczególnym historycznym powiązaniu ich losów z dziejami Wielkorusów, co wyklucza możliwość walki między dwoma „bratnimi słowiańskimi  narodami”. Przekonanie o braku zagrożenia (analogiczne z obecnym w naszym życiu publicznym przeświadczeniem,  że NATO stanowi antidotum na wszystkie zagrożenia wojskowe, a UE na ekonomiczne – efekt kilkunastu lat prowadzonej z Polakami „pracy wychowawczej”) skutkowało lekceważeniem stanu sił zbrojnych przez kolejne ekipy sprawujące w niepodległej Ukrainie władzę. Rządzący mieli ponadto inne jeszcze powody by wojsku nie ufać. W pewnym uproszczeniu przyjąć można, że opcja „promoskiewska” nie akceptowała ukraińskich znaków, sztandarów i języka, zaś opcja „europejska” nie mogła uporać się z zaszłościami wynikającymi z sowieckiej proweniencji wojska. Obie frakcje, działając w tym przypadku ramię w ramię, obawiały się jednocześnie rzeczywistego wzmocnienia możliwości sił zbrojnych, gdyż rodziło się to ewentualność pojawienia nowego gracza w nie do końca stabilnej, ale rządzącej się znanymi regułami, rzeczywistości politycznej. W rezultacie doszło do ewidentnego wynaturzenia ukraińskiej armii. Z organizacji zorganizowanej, szkolonej i utrzymywanej po to – by w przypadku zaistnienia takiej konieczności – bronić interesów państwa w krwawej konfrontacji zbrojnej, lub utrzymując wysoki poziom gotowości bojowej do takiej sytuacji nie dopuścić (odstraszająca funkcja sił zbrojnych) przeistoczyła się ona w strukturę socjalno-biznesową. Kadrze zawodowej („pracującej” a nie „pełniącej służbę”) gwarantowała ona określony, choć niski, poziom bezpieczeństwa bytowego i możliwość zarobkowania w sposób może nie do końca legalny, lub całkowicie nielegalny, ale za to powszechnie akceptowany. Oczywiście owe „dodatkowe możliwości” uzależnione były od poziomu zajmowanego w służbowej hierarchii, wobec czego pragmatyka awansowa również została „skomercjalizowana”. Na wyższe stanowiska wyznaczano nie tych oficerów, którzy legitymowali się stosownymi kompetencjami, ale tych których stać było na poczynienie odpowiedniej „inwestycji”. Demoralizacja dotknęła również szeregowych (którzy również nie pełnili służby, lecz mówiąc kolokwialnie „szewjkowali”) starając się przetrwać możliwie najmniejszym wysiłkiem.

                W takiej sytuacji szkolenie na wszystkich szczeblach, od pojedynczego żołnierza, poprzez szkolenia taktyczne drużyny, plutonu i pododdziałów wyższego szczebla do szkolenia taktyczno-operacyjnego sztabów i dowódców było zbędne, gdyż prowadziła do rozpraszania uwagi
i marnotrawienia zasobów. Sprowadzono o je zatem do przedsięwzięć pokazowo-teatralnych nie mających wiele wspólnego z rzeczywistym treningiem bojowym. W wojsku nie wdrożono żadnego racjonalnie zaplanowanego i konsekwentnie zrealizowanego programu modernizacji. O zakupach decydowały bowiem nie rzeczywiste potrzeby sił zbrojnych, ale interesy poszczególnych producentów działających bądź bezpośrednio, bądź za pośrednictwem agresywnych grup cywilnych i wojskowych lobbystów. W biznesowo-militarnej rzeczywistości Ukrainy na niepotrzebne uznano również utrzymywanie zorganizowanej i licznej rezerwy, która okazała się warunkiem kluczowym, gdy konflikt przybrał charakter długotrwałej konfrontacji na wyniszczenie pochłaniającej nie tylko zasoby materialne, ale również ludzkie. Były więc ukraińskie siły zbrojne typowym „wojskiem ośmiogodzinnym” z rozbudowaną „szarą strefą”

                Wszystkie te słabości obnażył toczący się konflikt. Na Krymie Ukraińcy nie walczyli, gdyż – ujmując rzecz najbardziej generalnie – nie byli mentalnie przygotowani na konfrontacje z Rosjanami, od wachtowego na okręcie w Sewastopolu poczynając, zaś na kierownictwie państwa kończąc. „Zdecydowane” gesty oporu, w zamyśle patetyczne, okazywały się w świetle faktów po prostu maskowaniem obecnej na wszystkich szczeblach indolencji i defetyzmu. Gdy konflikt przeistoczył się w secesję regionów donieckiego i ługańskiego sytuacja z groteskowej przeistoczyła się
w dramatyczną. Rozpaczliwa niekompetencja i brak podstawowych kwalifikacji dowódczych skutkowały podjęciem działań, dla których inspiracją były bardziej popularne filmu wojenne niż jakikolwiek kurs taktyki wyniesiony ze szkoły wojskowej wsparty choćby krótką praktyka poligonową. Rezultat objawił się w postaci utraty terenu i bardzo wysoki strat w ludziach. Antidotum na ewidentne braki armii regularnej oraz niewydolność (a w zasadzie brak) systemu mobilizacyjnego miały być ożywione „patriotycznym duchem” bataliony ochotnicze. Eksperyment ten również zakończył się fiaskiem. Bataliony często już od chwili formowania uwikłane były w rozgrywki oligarchów, ale przede wszystkim okazały się mało przewidywalne w warunkach bojowcy, co zasadniczo obniżało ich wartość. Kolejnym problemem z nimi związanym jest powszechnie występujące maruderstwo i angażowanie się żołnierzy w rozmaite, „pozabojowe” przedsięwzięcia o zdecydowanie merkantylnym charakterze. Nie bez przyczyny obecnie zamierza się część z nich rozwiązać, a część wcielić do sił regularnych lub przeorganizować w scentralizowaną Gwardię Narodową. W toku konfliktu armia ukraińska zmieniała się i zmienia nadal na lepsze. Ewolucja zachodzi jednak bardzo powoli, a pewne fundamentalne słabości, jak na przykład niewydolność systemu mobilizacji rezerw, nie zostały pokonane. Najbardziej bolesne jest jednak to, że lekcja ta została opłacona olbrzymią ilością krwi, gdyż czas pokoju w trakcie którego możliwe było profesjonalne przygotowania armii do boju został na Ukrainie całkowicie zmarnotrawiony. Konflikt na Ukrainie wymaga przeprowadzenia starannych analiz, gdyż mimo ograniczonego (w wyniku decyzji podejmowanych na Kremlu) charakteru rozgrywa się on w realiach geograficznych zdecydowanie bliższych Polsce niż Irak i Afganistan, będące w ciągu ostatnich kilkunastu lat miejsce zdobywania realnych bojowych doświadczeń przez żołnierza polskiego.  Potrzebne są również pogłębione studia nad taktyką stosowaną przez secesjonistów w wspierających ich Rosjan, analizy możliwości używanego w działaniach uzbrojenia i generalnym obrazem „ukraińskiego pola walki” (by wspomnieć takie fenomeny jak renesans roli artylerii, znikoma rola lotnictwa wsparcia w warunkach silnego nasycenia obszaru walk środkami przeciwlotniczymi). Wszak to właśnie obecnie na Ukrainie możemy obserwować działania wojsk naszego potencjalnego przeciwnika. Lekcję tę otrzymujemy przy tym za darmo, w związku z czym nie wykorzystanie jej byłoby zaniechaniem wymagającym bardzo surowej kary. Niezwykle istotne są jednak również doświadczenia dotyczące przygotowania obronnego społeczeństwa, ale przede wszystkim wniosek sprowadzający się do potrzeby gruntownego przebudowania i zwiększenia efektywności systemu mobilizacyjnego. Armia zawodowa ma oczywiście swoje silne strony. Dysponuje ona znacznym zaczepnym potencjałem destrukcyjny, ale jest wyjątkowo mało odporna na straty personelu, których poziom w warunkach obrony własnego terytorium byłby zapewne zasadniczo wyższy niż podczas operacji ekspedycyjnych.  Jak trafnie zauważył John Ferris armia złożona z zawodowych profesjonalistów „przypomina skorupki jajek uzbrojone w młotki, zdolne wyrządzać szkody, lecz same nieodporne na nie”. Podstawowym sposobem eliminacji owej „genetycznej” jest budowa efektywnego systemu mobilizacji rezerw i ich absorbcji przez siły operacyjne. Dla Polski jest to bodajże najważniejszy wniosek z ukraińskiego konfliktu.